Kategorie: Wszystkie | mężczyźni
RSS
piątek, 12 listopada 2010
to już koniec

Zacznę od rzeczy istotniejszych - z którymi tytuł nie ma wiele wspólnego. Nawet nie ma nic wspólnego"

Po pierwsze, coraz mocniej skłaniam się do przekonania, że jakakolwiek zdrada w małżeństwie rodzi się z braku czegoś. Ale to nie jest automatyczne usprawiedliwienie. Bo brak czegoś też jest czymś spowodowany. Chyba, że gdzieś na początku zawiodło wzajemne dogadanie się i poznanie.

Po drugie, nie powinienem popijać alkoholu w towarzystwie damsko-męskim, jeśli jestem tam bez żony a są tam kobiety wolne, z nikim nie związane.

Po trzecie, oglądanie aktów kobiecych (że nie wspomnę pornografii lub nawet wybiustowanych koleżanek w pracy) osłabia moje poczucie granicy. Nawet jeśli wtedy wracam do żony to po to by rozładować "na niej" napięcie seksualne. Mogę i chcę to zrobić również bez takich obrazów. I dla mojej żony jest to istotna różnica.

Po czwarte, przyzwyczajenie do czegoś staje się bardzo dużą siłą napędową. I działa niestety w każdym kierunku. A przyzwyczajenia seksualne są szczególnie szybko przyswajane. Te paskudne również.

Po piąte, chciałbym aby szczególnie ten wpis został potraktowany tak, jak u mnie w pracy traktuje się polecenie mojego dyrektora. Zastanawiamy się zawsze, co autor chciał w nim wyrazić. Nawet jeśli na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka jest to to totalny bezsens. Dopiero przy rzucie okiem dziesiątym zczynam dostrzegać, że może to nie takie głupie.

 

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i postanawiam poprawę.

Żegnajcie Czytelnicy i Czytelniczki - na nowe wpisy pomysłów nie mam, pozabieram więc tylko /od czasu do czasu/ głos w dyskusjach. Aż do wyciszenia :-)

 

środa, 03 listopada 2010
kobiety na portalach randkowych

 Cholera jasna, że tak sobie zaklnę na wstępie. Bo to może być ostatni mój wpis - najpewniej w łeb zbiorę od kobiet, niekoniecznie tych z tytułu. Jużem został wezwany do raportu w Modliszkowym blogu. Także tu, na moim własnym terytorium jestem zachodzony od tylca. I jeszcze pouczany, żebym dwuznancznie nie rozumiał.

Miałem się oddać komentarzom do wpisu "zdrada, zdrada, zdrada" ale widząc te chmury nad widnokręgiem postanowiłem kolejny wpis poczynić.  O kobietach na portalach randkowch i zagadnieniu zdrady rysującym się w tle.

Niech będzie, że wszystko to wyssałem z palca, że to to czcze wymysły i próżne domysły. Bo czy ktoś widział kobiety na portalu randkowym? A czy ktoś widział portal randkowy? No dobra są ich tysiące a ja nie zwiedziłem wszystkich. Moje wspomnienia dotyczą dwóch. Jeden był zbereźny a drugi porządny. Oba zapowiadały swoją nazwą co można na nich znaleźć. W końcu na tym drugim, porządnym, mogłem znaleźć to samo co na pierwszym, więc ograniczę się do jednego przypadku. W końcu nie publikuję rozprawy doktorskiej tylko wołam do kilku kobiet: drogie Panie czy wy aby przypadkiem nie udajecie?

Na owym portalu kobiet było około 5% a facetów reszta czyli 95%. W tym też takich raczej dyszących i śliniących - ach te teksty wszystkomówiące:-). Szablony które portal proponował uczestnikom nie pozostawiały cienia wątpliwości po co tutaj się przychodzi. Jeśli ktoś by się niepoznał albo poszedł złą ścieżką: po pieprzenie, po ciupcianie, po chędożenie... mogę się już powstrzymać od nazw naukowych jak równiż bardziej dosadnych? Owszem były wersje lajtowe jak np. swintuszenie przez telefon lub maila. 

Panie tam goszczące miały raj i wyraj. Mnóstwo młodych ogierów tryskających zapewnieniami, zdjęciami tudzież czym popadnie. Dużo też statecznych acz wciąż jurnych koni pociągowych. Brać, wybierać i przebierać. Do wyboru do koloru. Początkowo ze zrozumieniem omijałem te anonse, w których Panie poszukiwały tego jednego wymarzonego (nieskażonego?).

Ale powolutku - to był ten okres kiedy zdecydowałem zarzucić wszelkie autorytety (dżuma) - powolutku zaczynała mnie brać kurwica. I to coraz mocniejsza, jak jakieś dziewczę czy panię, pouczało mnie, że z żonatymi to nie chcą mieć do czynienia. Że do zdrady to ręki nie przyłożą. Bo one szukają wolnych facetów. Wolny może je chędożyć ile /mu/ wlezie i wtedy wszystko jest w porządku. Nawet jak nie zostaną ze sobą.

No to do jasnej anielki jak to jest? Podobno kobieta seksualnie może się udzielać tylko jak się zakocha. Bo facet - wg książek - umiejętność taką posiada na 100%. Wychodzi  więc, że nieślubny może sobie ciupciać (co za urocze słowo) tu i tam i jest ok? Bo nie wiąże się emocjonalnie? Ha, ale wychodzi też, że niejedna nieślubna rówież tak potrafi. Więc jeśli ciupcianie daje się tak oto odseparować od wszelakich uczuć to dlaczego później z tego samego, choć pozamałżeńskiego, ciupciania robi się takie duże halo?

Bo przysięga jest? Możę zmienimy przysięgę i ciupcianie pozostawimy kwestią umowy? Nie? a dlaczego nie? bo jednak ważne jest? Naprawdę ważne?

Aaaa no wtedy poszoł won z pieprznikowych portali.

czwartek, 28 października 2010
zdrada zdrada zdrada

Jedno słowo a tak wiele znaczeń niesie. Tak wiele emocji powoduje i nie mniej tłumi. Czym jest? Czy nie porywam się z motyką na księżyc chcąc zrobić podstawowy rozbiór tego zjawiska? Nie - o ile zastrzegę się, że to jest mój punkt widzenia. Jak zresztą zawsze na tym blogu. Może wycofam się też z planów rozbioru a pozostanę przy kilku luźnych uwagach

Zdrada od zawsze, od lat dziecięco - chłopięcych kojarzyła mi się z wojną. Bawiliśmy się w nią grupkami rówieśników. Bajeczne czasy. Każdy z nas był w jakiejś drużynie. Przed grą w danym dniu dzieliliśmy się kto z kim. Najlepsi byli zaczątkiem grup i na zmianę wybierali sobie "towarzyszy broni". Kto nie chciał to się nie bawił. Czasem ktoś się z kimś zamienił miejscem. Później zaczynaliśmy bojowanie. Typowe blokowisko nie dawało wiele możliwości. Nam to nie przeszkadzało. Ganialiśmy, strzelaliśmy z patyków, chowaliśmy się. Bajeczne czasy. Przynależność do drużyny - to było coś. Nobilitacja. Ale czasem zdarzał się zgrzyt. Najlepszy kolega przechodził do wroga. Gdzieś to zobaczyliśmy na filmie (wojennych wtedy było co niemiara), gdzieś to przeczytaliśmy. Zdrajca. Zdrajca. Zdrajca. Po trzykroć zdrajca. Niechęć do takiego osobnika sięgała poza zabawę. Smród ciągnął się długo.

Dziś ja jestem zdrajcą. Pogodziłem się z tym. Chyba ale jednak (co za przedziwna konstrukcja) nie do końca. Dziś ocena zdrady jest prosta i szybka. On z nią spółkował. Ona z nim spała. OK kobiecej zdrady tak postrzeganej nie ruszam. Nie znam się i nie wiem co w głowie u babek siedzi.

Faceci więc i ich skoki na boki. Zdrada ewidentna? Jużci ale wahać się zaczynam. Czy przypadkiem /czasem/ mężczyzna nie zostaje wcześniej zdradzony przez żonę i w efekcie nie rekompensuje sobie straty? Zakrzykniecie szanowni Czytelnicy i Czytelniczki: nie! nie prawda! nic nie tłumaczy zdrady dokonanej przez męża. A ja wcale nie będę się stawiał.

Poproszę tylko, żebyście popatrzyli szeroko i rozważnie. Czy może żona odsunąć się od męża? Mieszkać z nim, dzielić łoże, wspólnie jeść, kupować meble? razem chodzić do kina i razem korzystać z jednego samochodu? A jednak się odsunąć...
Jeśli teraz zaprzeczycie to drodzy moi hipokryzją trącicie. Bo przecież może ciałem tylko obecna pozostawać. Serce zaś jej i myśli... Nawet jeśli nie pójdą do innego - wystarczy, że już nie są z nim, mężem. Że są przeciw niemu.  I dlaczego tu nie zakrzykniecie zdrada, zdrada, zdrada?! po trzykroć zdrada!!!
Dlaczego nie zakrzykniecie - prostym się wydaje. Bo zdrada pewnie by się dokonała gdyby ona przed i z obcym facetem się położyła. Nogi rozchyliła. A takie tam pieprzenie o opuszczaniu męża... ot nastroju nie mają... przegryzą się jeszcze. Jeśli nawet Wy tak nie pomyślicie to niezaprzeczalnym się wydaje takie a nie inne postrzeganie zdrady w naszym kraju. Sprowadzone do seksu poza małżeństwem. Z obcym, z obcą.

Protestuję wobec upraszczania problemu. Omińmy domorosłych Donżuanów i Kasanowów, tudzież rdzennych Kalibabków. Mężów szukających dodatkowej podniety. Bo jest ogromna rzesza przypadków nie prostych. Gdzie naprawdę trudno wyśledzić, kto jest winny. Albo kto poległ za swoją słabość. Wiem, że usłyszą mnie Ci którzy zdrady dokonali. Pozostali, doskonalsi, z innej górki spoglądają. I swój oddzielny osąd mają. Silni, zwarci i... niech tam - zabrzmi dwuznacznie... i gotowi.

Wybaczcie - trochę mnie poniosło. Ostatni akapit zgryźliwością naznaczyłem. Zamiast go napisać od nowa, wolę się przyznać.
Prośba jednak pozostaje prośbą.

Ale po co to Pawle piszesz? no po co? Daleki jestem od dydaktyki. To, że napisałem tak a nie inaczej nie oznacza, że tak jest. I wara każdemu czterdziestkującemu (zapraszam do stosownego wpisu) od zbyt prędkiego sięgania po usprawiedliwianie się jaki wyżej napisałem. Bo wasze żony... echhhh, niezgłębione są łańcuchy przyczynowo skutkowe.

Napisałem więc to co napisałem, bo się we mnie krew wzburzyła za nieustanny i bezpardonowy ostracyzm facetów, którzy zdradzili żony. Dość mi wyznać, że ja sam swego czasu najmocniej szabelką w tamtym szeregu wywijałem...

I lekkie odejście od tematu bo - Wrrr - do dziś mnie telepie wspomnienie pewnego portalu erotyczno-randkowego (tysiące ich, tysiące), na którym babki smądziły, że są zainteresowane erotycznymi spotkaniami i doznaniami. Byle nie z żonatym. Czyli akceptują facetów, którzy mówiąc dosadnie "moczą ogórki to tu, to tam".Tylko żeby nie byli mężami. Jakoś wtedy seks był, stawał się dla nich, babek, sferą ogólno dostępną, sferą ogólnego stosowania i korzystania. Tu i tam. Z tym i z tamtym. Zaiskrzy a może nie. A później przy ołtarzu nagle pięć słów zamieni seks w symbol czystości lub jej utraty.

Przed ślubem użyczałem ten samochód temu i tamtej. Lub brałem od owego i owej. A po ślubie to już nikomu, tylko sam nim jeżdżę. A jak wsiądę do drugiego to... zdrada. Jeśli ktoś nie zauważył - nie obśmiewam małżeństwa i wynikającej z niej wyłączności małżonków dla siebie. o nie, nie. Patrzę i punktuję wygodnickie podejście uczestniczek portalu, które znalazły sobie prostą i wygodną drogę żeby się p... no, o i iskanie to im nie chodziło.

Czy to ma coś wspólnego z tematem zdrady? nic? ano właśnie - może więc nie kruszmy kopii o zdradę /tylko/ przez seks.

Bo - Houston - mamy dużo głębszy problem ze zdradą.

poniedziałek, 18 października 2010
przed

Wezwanym do tablicy stawiam się na życzenie blogażanki.

Poznaliśmy się z moją Kreseczką w czasie studiów. Tak prozaicznie. Śpieszyłem na jakieś zajęcia. Biegłem przez park gdy zobaczyłem anioła. Anioł szedł ze starszą panią. Mamą? Nie, anioł pomagał tej starszej kobiecie towarzysząc na spacerze. Anioł coś opowiadał a Babcia szła rozpromieniona. Słońce prześwietliło włosy aniołowi a jej (bo to była ona) oczy przelotnie musnęły mnie. Zadrżałem, oblała mnie fala gorąca. Serce zaczęło łomotać... to nie poetycki opis - ja tam prawie zasłabłem. Ze wzruszenia, z zaskoczenia... a może z wymodlenia. Bo ja zawsze chciałem mieć taką dziewczynę. Jeszcze nic o niej wiedziałem a już byłem w niej zakochany. Ogarnął mnie żal, że może ma kogoś, że zaraz odejdą i zniknął, ... że, że... nawet z nią nie porozmawiam. Choć przez chwilę.
Od zawsze chciałem aby spotkać tę wymarzoną dziewczynę i żebyśmy od razu zapadli w siebie. I oto tu nagle taka okazja się pojawia. I oto tu nagle ta okazja ulatuje.
Przysiadłem na pierwszej z brzegu ławeczce. Brakowało mi oddechu, słabość w całym ciele. Zaraz zejdę z tego świata, komu w ogóle jestem potrzebny. Przed oczami mroczki.
Bardziej poczułem niż zobaczyłem, że ktoś się do mnie przysiadł. Odejdź człowieku, kimkolwiek jesteś! Zostaw mnie! Chcę być tearaz sam. Niech ukoją mnie łzy...
"Przepraszam, czy możesz mi pomóc?" - nie, tylko nie ... a właśnie, że to!!!

To była ona. Staruszka gorzej się poczuła i dziewczyna potrzebowały pomocy. Męskiej pomocy. Czyli mojej. Euforia! Nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłem w swoim życiu tak krańcowych emocji.

Odprowadziliśmy razem staruszkę do domu. Potem odprowadziłem ją. Kreseczkę. I tak się rozpoczął nasz związek. Nie byliśmy typową parą. Bo rzadko wtedy można było spotkać parę tak mocno w sobie zakochaną. Ja nie potrzebowałem dodatkowych zachęt ale Krystyna z każdym niemal dniem odkrywała przede mną coraz więcej swojego wdzięku i piękna... To taka dziewczyna trafiła się mi?
Rozkochiwała się we mnie stopniowo. Miałem pewne zalety. Rodzice wychowywali mnie raczej surowo. W poszanowaniu szczytnych, pięnych wartości. Karcili, gdy zdarzało mi się wejść na "ścieżkę nieprawości". Więc z nawyku unikałem niewłaściwego prowadzenia się. No chyba, że nie widzieli, to wtedy luzowałem sobie. Ale zawsze w jakiś rozsądnych granicach. Umiałem  odróżniać dobre od złego i starałem się wybierać to pierwsze. Wychodziło mi to całkiem nieźle. Krystyna to widziała i tym ją ujmowałem.

Niezły "harlekin", co nie? Ale tak właśnie było. Nie odbiegaliśmy od normy. Czasami się kłóciliśmy i jeszcze szybciej godziliśmy. Trymaliśmy się za rączkę, patrzyliśmy w oczy, wzdychaliśmy. Całowaliśmy ale nigdy nie poszliśmy dalej. Może bym i chciał. Ale tu znowu w ryzach trzymały mnie pewne reguły moralne.
Angażowliśmy się w różne formy pomocy innym ludziom. Do tego od czasu do czasu na dykotekę, do kina. Lub do niej. Uwielbiałem się całować znią. Jądra bolały później nie do wytrzymania. Bez stosownego masażyku nie mógłbym zasnąć. Ale jak powiedziłem wcześniej, trzymaliśmy cnotę do ślubu.

To było jedno "przed". Przed ślubem. Było też drugie "przed". Przed moją zdradą. Czasami myślę że przed naszą zdradą. A dokładniej przed naszymi zdradami. Tak, właśnie w liczbie mnogiej.

Czy Krystyna miała innego mężczyznę? Nie. Dlaczego więc próbuję ją obrzucić błotem? Ale to nie rzucanie błotem i kamieniami. To nieuniknionść nas samych. Mnie i jej.

Po ślubie niewiele się zmieniło. Nie żeby to coś złego. Ot, żyliśmy dalej prawie tak samo jak przed ślubem. Tylko ja teraz zaciągałem ją w majestacie prawa i wolności do sypialnianego łoża. Lub każdego innego. Tam robliśmy rachu ciachu. Dokładnie to robiłem ja. Jej wystarczało, że jestem. Tak trochę płytko to brzmi. Cieszyła się i zapewniała, że jest szczęśliwa. Na prawdę nie miałem powodów jej nie wierzyć. Dziś też tak bym to ocenił.

Pojawiły się córki. Miajały lata. Podobne do siebie jak dwadziescia kropel wody. Praca, charytatywne udzielanie się, 3-4 wyjazdy wypoczynkowe w roku. W tym jedn dłuższy. Całą rodziną, a jakże. Stabilna sytuacja finansowa. Budowa domu. No i oczywiście rachu ciachu.

Od zawsze podobały mi się zdjęcia z rozebranymi paniami. Kiedy ożeniłem się z Krystyną cieszyłem się, że pójdą do tak zwanego lamusa. Po pewnym jednak czasie odkryłem, że wciąż dają mi radość. Zadowolenie? Uzupełnienie? Dlaczego wspominam o pornografii? Bo dziś, z perspektywy czasowej, ze znacznej perspektywy czasowej widzę, że łatwość sięgnięcia po inną kobietę wykształciła się przez "obcowanie" z tysiącami fotek i filmów z aktami kobiet. CZyli mea culpa.
Z drugiej strony nie wiem jak przetrwać lata z suchym, bezodzewowym rachu ciachu. Czyli jej culpa? Po cichu szepnę: oszczędźcie rad i uwag typu "trzeba było porozmawiać".

Fajnie nie fajnie. Proza życia. Reguły moralne. Przysięga małżeństwa. Utknęliśmy. Czas płynął ale my w jednym miejscu.

Choroba i śmierć mamy Krystyny nie pomogły nam. W tle nasza pomoc ludziom chorującym, a na pierwszym planie osobista tragedia. Konflikty przybrały na sile. Z kamiennymi nogami wracałem do domu. Po co? Po nową partię zgryźliwych uwag? Po bezsensowną koleną awanturę o nic?

Jak żyć? a może nie żyć? Żadne rozwiązanie nie wyglądało dobrze. Żadne rozwiązanie w ogóle nie wyglądało.

Just wegetacja.

To było drugie przed.

A później...

 

ps. Modliszko, czy odpowiedziałem na Twoje pytanie?

piątek, 24 września 2010
sprzeczka czyli łatwa ucieczka

Faceci dzielą się na zakochanych na zabój. Co to nic nie widzą poza swoją boginią. To znaczy nie widzą żadnych innych kobiet. To znaczy nie widzą w nich nic, co by ich odciągało od ich wybranek. To znaczy ... basta! bo się zaraz zapętlę.
Standardowy obraz zakochanego mężczyzny, zgodny z jego własną deklaracją. I tak postrzegany przez jego jedyną.
Mon Dieu! toż to ja sam, jak wymalowany ... echh dopóki nie stałem się upadłym potworem. I zdradliwym.
Ale dziś nie o tym - choć wolę, żeby Ci, z Was, którzy trafią tu pierwszy raz nie dali się zwieść temu miodu czasem kapiącemu z mych ust.
Faceci dzielą się więc na takich jak powyżej (ech, jeszcze raz: i takim ja byłem).

Oraz na takich, co jednak wyciągają oczy po inną kobietę. Co najmniej oczy a dopiszmy tu myśli, wrażenia, marzenia, uczucia, wreszcie ręce i wreszcie ... no sami wiecie co (np prącie swe, no!). I takim ja jestem. Byłem? czy już się zmieniłem?

Dlaczego zastanawiam się nad tym? Dlaczego jakby podważam tezę jednej z blogażanek (koleżanki od bloga) o mojej dokonanej męskiej dojrzałości.
W jakiś sposób nawiązuję tu do wpisu "Facet z odzysku", bo oto wydarzyło się, oj wydarzyło...

Płyną więc nam dni z żoną bardziej spokojnie niż nie. Odbudowujemy nasze szczęście i ognisko domowe. Mocno nadwyrężone latami gasnących emocji, zanikającej relacji i wszechogarniającego marazmu. A dobite ówczasem bez pardonu moją zdradą (jeszcze raz dla niewtajemniczonych: blog dzuma).

Odbudowujemy więc. Zostajemy Pierwszą Parą naszej sypialni, w której królujemy niepodzielnie. I nie żeby tam powiedzieć poetycko: odnajdujemy się w pościeli. My się w niej w ogóle nie gubimy.
Zaczynamy bywać tu i w innych miejscach. Razem spacerujemy (he! pieska dokupimy!). Podczepiliśmy się pod wioślarski klub uczelniany - razem!!! bo to najważniejsze. Weekendowe wypady do rodziny na Mazurach. A tamże ... i tak mógłbym ciągnąć i rozwijać jak nam cudnie.

Ale nie udało się nam wyresetowć pamięci. Ona patrzy na mnie czasami i w jej oczach widzę pytania. Niewypowiedziane pytania są różne ale w sumie na jedną modłę: czy już  mnie nie zostawisz? czy nie spotykasz się z inną kobietą? I niewypowiedziane prośby: jak ci się jakaś dziewczyna spodoba to masz z nią iść i masz mi to od razu powiedzieć. bo wolę prawdę od razu. a nie jak wtedy, być oszukiwana... i znowu pytanie: czy mogę ci teraz zaufać? jak to zrobić gdy mnie tak zawiodłeś?

No co? zrypałeś kolego sprawę to teraz naprawiaj i sklejaj ziarnka piasku.

Naprawiam więc, choć łatwo nie jest. Nieufność to straszna choroba. Zabija i ją i mnie. Nie mamy się jak przed nią obronić. Bo ja teraz nie dysponuję żadnym orężem w tej bitwie. Musimy czekać. Czas leczy rany. Ale ile może wytrzymać człowiek? Czy wszystko? Łatwo deklarować, kiedy topór nie wisi nad ci nad głową. Najlepiej aby spadł i przeciął męczarnie oczekiania. Albo żeby go zabrali i pozwolili żyć ... bo jak wisi i nie wiesz co się wydarzy ... to powoli żyć Ci się odechciewa.

Pilnowałem się więc aby nie nawet nie sprawiać pozoru, że jakaś kobieta pojawia się koło mnie. Jak na przykład koleżanka z pracy. Albo jak konsultantka z Plusa, którą podobno zacząłem kokietować przez telefon. Nie miałem takiego ani zamiaru ani pomysłu. Ale z boku ponoć tak wyglądało. Więc teraz nie żartuję z konsultantkami. Burczę na nie ile się da. Wychodzę na chama ale nie ma wątpliwości, że nie kręcę z nimi na boku. Przykłady mnożą się jak króliki.

Choć od kilku dni jakby lepiej, jakby spokojniej. Czas wyleczył rany? Kochany czas! Żyjmy i tańczmy! Mara uleciała!
uff... teraz już mamy z górki ... pokonaliśmy Nieufność.

Bywa, że śmieję się sam do siebie. A słońce świeci cały dzień. Oddychamy i rozkoszujemy się każdą chwilą. Ja i ona. Moja żona. Ukochana i wyczekana. Najwspanialsza na świecie!

Poszliśmy sobie wczoraj do sklepu. Radość nie ustępowała. Szampan wybrany. Bo szampańskie nastroje mamy. Przy kasie płacimy, pani kasjerka coś powiedziała do żony. Ja błyskotliwie - naprawdę - zażartowałem ... i kiedy wracaliśmy do domu już widziałem, że coś nie tak. Sprawdzam w myślach czy coś, czy ktoś, czy ja ... nie, nie - wszystko było w porządku, wszystko. pewnie jakieś nieporozumienie. Na ulicy nie będziemy gadać. Dochodzimy do domu. Zamykamy drzwi:
- no, moja ukochana, co się stało?
- nic
- ale widzę, że coś... no powiedz
- jak ci się ta kobieta w sklepie podoba to sobie idź do niej
*
*
*
Jak tu teraz napisać co się we mnie stało? jak wyrazić to, co pękło? jakich słów użyć, żeby pokazać tę przepaść żalu i bólu, które we mnie wybuchły z niespotykaną siłą. Może gdyby dalej "czuwał" to by mnie to tak nie kopnęło? Bo teraz było już kolejny raz dobrze i miało tak już być na wieki wieków. Taka miała być nadzieja. Miała - bo ta co była, nadzieją się nie okazała. Zbyt prosto i nieskomlikowanie została rozniesiona w puch.

Mam dość tej udręki. Może i powinienem cierpieć za karę. Może. Ale ja tym razem już po prostu nie wytrzymałem. Jak mnie nie chcesz, jak nie możesz przez dwa lata (to już tyle?) odnowić zaufania do mnie, to może po prostu lepiej jak odejdę? W końcu niech ja to zrobię - i tak już mam wypaczoną kartotekę.
Nie ogarniam, jak można tak długo? Moje życie przekroczyło półmetek, już mi bliżej do końca. Ja już nie chcę wiele od życia.
Trochę spokoju. I pewności, że mnie nikt nie kopnie z nienacka. Sam daję wszystko a mogę i więcej. Tylko już nie chcę się bać...

Czy jest ktoś, kto mnie pocieszy? tak - jest ta druga. Nie widzieliśmy się od tak dawna. Ale zawsze była mi życzliwa. Zawsze okazywała zrozumienie. Nie potępiała. Prawdziwy balsam mojego rozbitego "ja".

Czy mam odejść do niej? co Wy, szlachetni czytelnicy byście zrobili????

 

 

 

 

Zostałem. Za długo by tłumaczyć i pokazywć bieg moich myśli. Chyba zaważyło te niemało lat na moim karku. Bo przez to nową perspektwę zyskałem. Z dziesięć lat temu pobiegłbym do tamtej. Niewątpliwie. Może nie uniósłbym takiego przeciążenia.
A może - co pewniejsze - skorzystałbym z pretekstu. W końcu. I opowiadałbym znajomym, jaka to ulga. I jak nie żałuję decyzji odejścia.
Kto by zawinił? on czy ona, czy ta trzecia? Nie potępiłbym takiego faceta. Ale i jej bym nie oskarżył.
Spłynęły by mi łzy niemocy, jak i teraz płynął. Jak śmiesznie wręcz brzmią w uszach rady, które w takiej sytuacji mądrzy a życzliwi śpieszą przekazać.



Emocje przygasły, usnęliśmy i my, rozdarci płaczem, osłbieni krzykiem strasznym, obnażeni przed sobą i przeszyci seksualną rozkoszą...
Może już słońce nie zajdzie...

czwartek, 02 września 2010
komunikacja głupcze i niespełnione oczekiwanie

Ten tytuł wiercił mi korę mózgową od dawna. Jest zerżnięty z hasła wyborczego Billa Clintona: "Liczy się gospodarka głupcze". Gdy je usłyszałem po raz pierwszy uderzyła mnie jego dramaturgia. Clinton Kandydat zawołał: oto nasz kraj ginie - głupcze! a rozwiązanie jest takie proste - głupcze! tak oczywiste - głupcze! tylko gospodarka - głupcze!

Głupcze, głupcze, głupcze! - po trzykroć, po dziesięciokroć, po tysiąckroć: głupcze!!!

Uff, ulżyło mi jak sobie pokrzyczałem... o co więc chodzi z komunikacją? Nie, nie miejską  ale tą małżeńską.

Roku Pańskiego któregoś tam doznałem objawienia. Co sprawia dyskomfort mężczyźnie i kobiecie, którzy jeszcze jakiś czas temu nie mogli wzroku oderwać od siebie? Teraz nagle widzą wady. Miriady wad. A wady przeszkadzają w pożyciu, uj przeszkadzają. Czy tego mojego Kazia to mi ktoś nie podmienił? Czy to ta sama ukochana Marysieńka? Tak, tak - to wciąż Kazio i Marysia. Tylko jakby przestali gadać ze sobą. Porozumiewać się. Może i wcześniej tak było.

Specjalnie trochę przesadzam tak akcentując i wynosząc komunikację małżonków. Ich wzajemne porozumiewanie się. Bo jeszcze nie zrozumienie. A tym bardziej jeszcze nie zgodę i zaakceptowanie.

Drugie słowo klucz to: oczekiwanie. Oczekiwanie na coś od niego, od niej.
Niepełna komunikacja i niespełnione oczekiwania. W ilu filamch to obejrzeliście? U ilu znajomych par to zobaczyliscie? ... a czy sami też tak macie??? Mówimy, że po szkodzie mądrzy, my Polacy, jesteśmy. Ale przecież my twardzi też jesteśmy - jedna szkoda nas nie złamie. Druga też nie. Co nas nie zabije to nas wzmmocni. Trzecia, czwarta i tak dalej. Aż w końcu się nie chce. Nic się nie chce. I tylko powtórzymy za Lindą: "Nie chce mi się z tobą gadać".

Czym jest dla mnie owa komunikacja? jest przekazaniem treści, myśli, planów, emocji, odczuć, ocen, również pragnień i oczekiwań w sposób zrozumiały dla drugiej osoby. Ha! w sposób zrozumiały! To znaczy żeby ta druga osoba zrozumiała nie tylko wypowiedziane po polsku (czy jakimkolwiek języku) słowa. Żeby zrozumiała i wiedziała co czuję, przeżywam, myślę, pragnę, oczekuję ja. Uściślę: rozumiała tak, jak ja to rozumiem. Ni więcej ni mniej. Tak samo. I w drugą stronę. Plus akcent na chęć wyjawienia, otworzenia się i pokazania co we mnie tak naprawdę drzemie. Wyjawienia wszystkiego. Żeby nie było tak, że on lub ona musi się domyślać.
Bo jak się cholera nie domyśli to pewnie mnie nie kocha!
Owszem, trzeba zachować równowagę. Często coś zostawię w tajemnicy. Zapomnę albo uznam za nieistotne. OK. Tu chodzi o rzeczy, które chcę aby wiedzieli moja luba albo mój luby.

Myślę, że na to poznawanie powinien być czas przed ślubem. Bo wtedy i tylko wtedy można jeszcze bezboleśnie zdecydować: chcę tego, nie chcę tego. Tylko weź i wytłumacz to młodym. Krew gra, hormony buzują, świat będzie nasz. A jak nie to niech sp...la!

Kiedy stają (stajemy, stawaliśmy) na ślubnym kobiercu są często dla siebie jak dwa nierozpakowane prezenciki. Czytaliście Harrego Pottera? pamiętacie fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta? Na przykład fasolka o smaku woszczyny... błeeee!

Na szczęście w małżeństwach - w ogólności - nie dzieje się tak źle. No, ale tam gdzie coś się pieprzy to już się pieprzy. Odkrywasz kołderkę - i co widzisz? No właśnie najszczęściej: "Bo ja bym chciała a on się nie domyśla" i reakcja "Czego ta głupia krowa nie powie o co jej chodzi". I drugi zestaw: "Czy ona nie może mi dać w tej chwili spokoju?" plus odpowiedź (może być w myślach): "Ach jaki to nieczuły i chamski typ - przecież ja tylko chcę aby mnie przytulił".

A weźmy wersję "hardkorową" kiedy nagle wiem więcej niż jest. Z jajem pokazał to kabaret Koń Polski w skeczu Marian i Hela. Marian podniósł dłoń, żeby pogładzić się po głowie a Hela? Hela zakrzyknęła "Marian chciałeś mnie uderzyć!. A za chwilę do sąsiada "Marian chciał mnie zabić". Cała sala reaguje śmiechem. Ale tak się w wielu (nie we wszystkich i nie w większości - mam nadzieję) małżeństwach dzieje na prawdę. Bo Marianowi juz się nie chce gadać. Może być że i Heli.

Tak to widzę. Komunikacja głupcze.

Ziarnko do ziarenka, kroczek za kroczkiem. Z małych problemów powstają duże. Głazy gniotące pierś. Tłumiące oddech i życie. Konia z rzędem temu kto nie pomyśli o uwolnieniu.

Tylko na co mu ten koń?

A jakigo uwolnienia poszukają on i ona?

poniedziałek, 09 sierpnia 2010
i seks po czterdziestce

W dalszym ciągu podtrzymam założenie umowności czterdziestki, jako wieku przełomu w życiu mężczyzny. Czyli przesławnego kryzysu wieku średniego. Niestety - nie pogadałem z wieloma facetami. Ani z niewieloma kolegami. Moje tezy zawężam więc tylko do przypadku mnie samego.

Mam się dobrze. Produkcja nasionek trwa. Prężność trzymam do pierwszego wystrzału. Na gotowość drugiego muszę nieco poczekać. Trzeci póki co nie mieści się w planach. I tak dzień w dzień. Mogło by się znudzić. Mogło ale nie znudziło. Czuję co prawda pewien niedosyt po czasach kiedy mogłem wypalić dwakroć w niewielkim czasowym odstępie. Ale wtedy to było raz na tydzień lub rzadziej. Człowiek wypoczęty był bardziej. Nie to co teraz :-). Co chwilę wraca uparcie myśl o niebieskich pastylkach. Pewnie w końcu się skuszę

Nie zagłębiając się w szczegóły i nie pisząc "ociekających" kawałków - testujemy różne figury. Która da nam najwięcejrozkoszy? Aha, i miejsca też testujemy. Jest - modnie się wyrażając - zajefajnie.

Trochę mi tylko straszno, że młode kobiety wciąż wzbudzają moje zinteresowanie. Czy pożądanie również? Do pewnego stopnia tak. Bo gdy wyobraźnia podpowiada mi obraz całowania się z obcą - że nie wspomnę samego stosunku - to jakoś nie tak mi się robi. Dziwne, nie? Chłop podobno może z każdą. I tak było, tak było ze mną. Ale było. I się skończyło. No,co najmniej przeminęło.

Teraz wygląda to tak: najpierw spostrzgam, że wzbudziłem zainteresowanie jakiejś młodej. Wspaniałe, regenerujące doświadczenie. Czuję przypływ energii. Brzuch sę robi nienaturalnie wklęsły. Niezbyt imponujące ramiona nabierają utajonej siły. To ja, facet. A ona wpatruje się we mnie z otwartymi z wrażenia ustami. Teoretycznie przeszedłbym do fazy drugiej i może trzeciej. Ale właśnie gdzieś tu dopada mnie obstrukcja.

Nie potrafię pocałowć obcej. Nie potrafię jej pieścić. Zastanawiać się czy jest czysta i jak pachnie. Się narobiło: na samą myśl o dotykaniu obcej moja męskość więdnie. Wracam szybko do żony. Wygodnicki? Do pewnego stopnia pewnie tak.  Zmieniło się też jeszcze. Zacząłem wyglądać przyszłych lat. Rozważać z kim je spędzę. Jak. Żona stała mi się najbliżsżą osobą. Wybaczenie zdrady to jedno. Przyznać jednak muszę, że niewiele dobrego by się zadziało bez gruntownej przebudowy stylu życia. Docenienia innych wartości. Uwspólnienia zainteresowań. Również seksem. Dobrze mi z moją żoną - po co szukać innych podniet?

Oddajemy się więc wyuzdaniu w domowej sypiali. O przepraszam: również i innych miejsc :-) ale przede i nade wszystkiem razem zyjemy.

Czy to jest tekst o seksie? Tak. Również o tym, który już przestał pociągać.

środa, 14 lipca 2010
seks przed czterdziestką

Od razu umówmy się, że czterdzieści to liczba umowna. Jakoś chciałbym tu wskazać palcem na moment kryzysu wieku średniego. Oj, jest to moment przełomowy i atomowy.

Czy seks jest ważny? I znowu pogadam tylko o sobie. Ponieważ pewnie jestem reprezentatywny dla jakiejś cząstki facetów, to dodam, że część facetów tak ma.

Posłuchajecie tego matki, żony i ... nie, kochanki nie. One akurat to wiedzą. Albo choć tylko intuicyjnie wykorzystują tę zasadą - i to z dużym poodzeniem. Zasada jeszcze nie wypowiedziana, nie nazwana przeze mnie.

Tak tu sobie pokorespondowałem z różnymi Czytelniczkami. Postudiowałem blogi damskie wszelakie. I w tym wszystkim jawi się obraz związku mężczyzny i kobiety, jako związku statecznego i wzniosłego. Śpieszę z zapewnieniem - nic do takiego podejścia nie mam.

Mogę go tylko inkrustować swoimi perłami: niech żona będzie czasem wyuzdaną dziwką.

Pokornie proszę o wysłuchanie do końca. Czy wiecie jak w pewnych aspektach rozwija się mężczyzna? Od takiego małego do takiego dużego? Ze oprócz wychowania i kultury przekazywanej mu przez tatę i mamę odkrywa w sobie siłę pożądania? Jak tajemniczo splata się ona z uczuciem miłości do wybranki? Nie wiecie, bo głównie książki czytacie :-) ... no i blogi - o mamusiu, ileż to się można tu naczytać z wypiekami na policzkach ...

Dążąc do skrócenia wypowiedzi: wcale nie łatwo (mi) się przyznać było, że z trzech rzeczy na p, najbardziej pochłania(ła) mnie ta trzecia. Dlaczego? Bo zakłamywałemłem w sobie tę siłę, która została mi dana z racji tego, żem stał się mężczyzną. A to jest poniekąd wbrew naturze.

Ileż wieczorów i nocy marzyłem tylko o jednym a rozpalona do czerwoności wyobraźnia budowała z kołdry tatarski namiot. Ale na zewnątrz cisza, spokój, dostojność, piękne słowa. I weź tu później człowieku - w tym i kobieto - uwierz, że w małżeństwie to mąż może swawolić z małżonką i tak i siak. I od przodu i od tyłu. Na wznak i wspak. O ile tylko wyobrażenia dopiszą. I przyjemność zapewnią. Weź i uwierz ...

Zaczyna się wtedy (ja i mi podobni) seks małżeński. Fajny dla faceta, bo tak czy siak orgazmem jego się zakończy. Ale ubogi, oj ubogi w stosunku do wcześniejszych oczekiwań. Dodatkowy zonk: bo pewnie tak trzeba, tak ma i miało być.

Jeśli jeszcze żona przebyła podobną ścieżkę rozwojową to mieszanka wybuchowa gwarantowana: niespożyta jurność uwięziona w wentylu bezpieczeństwa. Wcześniej lub później znajdą się ręce, które będą gotowe rozwiązać ten supełek.

To chyba dlatego nasze babki - a przynajmniej niektóre - radziły młodszym, że w domu powinny być dla mężów, jak wyzywające dziwki. I nie dać mu wypocząć, żeby mu się liszaje w mózgu nie lęgły.

W końcu pyka te czterdzieści lat i kilka. Pojawiają się pytania rozrachunkowe z życiem. Z różnych dziedzin.

I wtedy w tej jednej facet jest albo ugotowany albo przygotowany.

Spłycam i zawężam temat, wiem o tym. Życie nie składa się tylko z seksu. W szczególności życie małżeńskie.

Wiem, wiem, wiem ... tylko dlaczego taki monotematyczny jestem?

wtorek, 06 lipca 2010
kochać, jak to łatwo powiedzieć

To się usidliłem. Połakomiłem na temat, że proszę bardzo: przedstawię definicję miłości – z męskiego punktu widzenia. I tak na szczęście zastrzegłem, że to będzie mój punkt. Ale teraz słabnę w oczach. Bo co dla mnie znaczy kochać?

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem … to dziewczyny i owszem intrygowały mnie. Widziałem, że niektóre podobają mi się bardziej. Chyba największą uwagę przywiązywałem do twarzy. W liceum już do całej figury. Na studiach doszedł intelekt i piękno wewnętrzne.

Leciutko wkręcam szanownych Czytelników. Tak naprawdę zatrzymałem się na etapie licealnego postrzegania kobiety. Co było ponadto - nie do końca moim było.

Czym było co ceniłem i czego sam z siebie szukałem u kobiety, a czym na co zwracać uwagę mi kazano? Nie mieszkałem na bezludnej wyspie. I z lewej i z prawej byłem „bombardowany” tymi najwłaściwszymi kobiecymi ideałami. Poczynając od najgłupszych reklam, przez książki wartościowe i książki mdłe, kościołowe kazania a na statystycznych opracowaniach (przeciętny męzczyna robi/ceni/kocha to czy tamto) kończąc.

W tym przeogromnym tyglu kształtowało się moje pojęcie miłości. W wyobrażeniach ona zawsze była piękna. Byliśmy zawsze razem. Ja ją obejmowałem a ona tuliła się do mnie. Ja, niezwyciężony man, ona wiotka i słodka. Ja ją chroniłem, wielbiłem i pieściłem. A ona była. Tak po prostu.

„Z czego będziecie żyć? Gdzie będziecie mieszkać?” to były pytania mojej mamy, która bezceremonialnie poszerzyła obszar, w którym miłość również miała mieć coś do powiedzenia. Dziś ja dodatkowo zapytam córki i ich sympatyków-zwolenników: „Jak będziecie spędzać wspólny czas? Co jeszcze was łączy poza mizianiem i migdaleniem?”

Kiedyś miałem bardzo proste podejście – kochać ją to znaczy dać jej szczęście. Miało to swoje implikacje: jeśli ona cię odrzuca to odejdź. Ona wtedy będzie szczęśliwa. Przecież ją kochasz. Jakoś tak to było.

Moja miłość, ta którą formowała się we mnie latami uleciała w chwili próby, jak bańka mydlana. Dane mi było przeżyć zauroczenie inną kobietą a ta pierwsza usunięta została na bok (i w tym momencie nieważne przyczyny).

Co teraz jest we mnie? Co czuję, co żywię do żony? Niewiele zostało z moich wcześniejszych ideałów. My po prostu razem żyjemy. I nie potrafię sobie wyobrazić, że (lub jak) mogłoby być inaczej. Razem robimy różne rzeczy, odpoczywamy, rozmawiamy, szanujemy swoje przyzwyczajenia i słabostki. Ba, dbamy o nie i wręcz pielęgnujemy je – sobie nawzajem :-)

Okazało się, że wszystkie nauki i szczytne wyobrazenia o milości a także dążenia na nich oparte nie sprawdziły się. Może zbyt szybko i za mocno bylismy do nich popychani? Dlatego tak drapieżnie i agresywnie walczyłem z Wami,  Antonino i Pollyanno. Ja wiem, że chciałyście jak najlepiej. Dobre z Was kobiety :-) ale ja widziałem, pamiętałem, że u mnie te wszystkie mądrości nie zadziałały. Gdzieś tam pozostały ich okruchy i pewnie procentują. Tak, ale już niejako poza świadomością.

Dla nas miłość stała się siłą zwrotną. Nie na tej zasadzie: ja dla ciebie i ty coś dla mnie. Nie wiem, czy dobrze to wyrażam ale chyba dodaliśmy miłość do siebie samych. I to taką trochę przyziemną. Dobrze nam z tym.

Czy już wiecie więc jak zdefiniowałem miłość mężczyzny?

Aha – ale mimo najszczerszych chęci nie potrafię ubrać tego hasła w słowa :-)

piątek, 02 lipca 2010
pod rękę z harrisonem

Ten tekst nie był przewidziany. Ale wypadki potoczyły się nieoczekiwanie i nader szybko.

Siedzimy sobie wczoraj z Kreseczką, wtuleni w siebie jak dwa gołąbki. Troszkę migdalimy ale przede wszystkim czekamy na film. Z Harrisonem Fordem. Tytuł z założenia nie ważny, bo film jest z Nim. Okaże się, że akcja filmu – no niech tam: pt. „Odnaleźć siebie” – odbije się nam czkawką.

Siedzimy więc i gruchamy. Córki dają sobie znaki i przewracają oczami. Sielanka, cud-miód-ultramaryna.

Zaczyna się film. Harrisonek taki młodziutki. Jest adwokatem. Wygrywa w nieuczciwy sposób sprawę dla swojego klienta. Ktoś tam zostaje poszkodowany. Czyli tutaj Ford to taka szuja. Nic, oglądamy. Ford wychodzi do sklepu po papierosy. W sklepie jest napad rabunkowy. Pif, paf! Złodziej strzela. Ford dostaje dwie kulki i pada. Jedna kulka uderza go w głowę. Ford traci pamięć. Film jest o zmaganiu się dwojga ludzi z przeciwnościami. Z chorobą i ułomnością. Ze strachem o to, co przyniesie przyszłość. Jak się okaże za chwilę również z mrokiem przeszłości.

Wszystko powoli zaczyna się dobrze układać. Ford wraca do zdrowia. Jest jak nowonarodzony. Wszyscy się cieszą. Ford natrafia na stary list. Czyta i uśmiecha się. List jest do jego żony, delikatny i czuły. Przepełniony uczuciem. I nagle widzi, że list podpisany jest przez obcego mężczyznę!!! Panowie! Zdrada!!!

W tym momencie wchodzi żona. Ford pokazuje jej list. Ona słabnie i zatacza się. A było już tak pięknie … i nagle wszystko się spieprzyło.

Kreseczka już uwolniła się z moich objęć. Niby żeby sobie herbatę zrobić. Wraca ale siada sztywno obok. Cichutko ryczy. Próbuję jej dotknąć ale się odsuwa.

Czy ma żal do siebie czy do mnie? Kogo przypomina jej ta kobieta z ekranu? W filmie to właśnie ona zdradziła – czyli tak jak ja. Czyli do mnie. Cholera. Muszę przeczekać. Ślepimy w film dalej.

Harrison honorowo wyprowadza się z domu. Lokuje się w hotelu. Ale co to??? Odwiedza go młoda, seksowna asystentka z jego kancelarii. Bo oni mieli romans. Tylko wszystko przepadło jak on zapomniał. I co teraz Fordasku? Widzisz Kreseczko? Okazuje się, że wszyscy po równo coś umoczyli (dla zbereźniuchów – to tylko taki zwrot :-)  )

Harrison rzuca kancelarię. Bo wredna. Bo oszukuje. Bo siedliskiem seksownych i zdradzieckich panienek jest. Wraca do żony. Szują jest chyba nadal bo nie przyznał się, że sobie coś przyhołubił na boku. Wraca więc i wybacza. Ona we łzach, szczęściu nie wierzy. Kreseczka podkręca potencjometr i wyje już na całego. Dziewczynki przycichły i siedzą przestraszone. Kreseczka przechyla się w moje ramiona i wygasza spazmy. Nic nie mówimy. Wracamy tylko w myślach do naszej przeszłości. Każde z nas coś dźwigało. Balasty, bagaże. W końcu je porzuciliśmy. I odnaleźliśmy się. Siebie nawzajem.

Słono za to zapłaciliśmy.

Tu nic się nie zmieniło. To co najlepsze zawsze ma wysoką cenę.

Czyż nie, panie Harrisonie?

 

 
1 , 2